Witajcie Cudowni!
To już 3 dzień mojego wyzwania.
Tym razem mowa będzie o lęku.
Tak, to lęk jest często przyczyną, dla której nie podejmuję wyzwania.
Boję się, że się ośmieszę. Że zostanę skrytykowana. Że coś co napiszę będzie nie wystarczająco dobre i jakim prawem ja, nie coach, nie nauczyciel mogę innym o tym mówić?
Te i jeszcze wiele innych ograniczeń kilka razy w życiu nie pozwoliło mi skorzystać z okazji.
Okazji do rozwoju. Do przeżycia fantastycznej przygody.
Bałam się! Czego?
Tego, że czegoś nie dokonam ale też i tego, że osiągnę sukces.
Tak! Nie przecieraj oczu.
To, że boimy się sukcesu związane jest z obawą o to jak sobie będziemy radzili z tym nowym wydarzeniem, do którego do tej pory nie mieliśmy dostępu.
Nowe sytuacje. Nowe nie zbadane tereny, to powody do lęku.
Wolimy znane zło, niż obce, nie odkryte dobro. Wolimy siedzieć w ciepłym, sprawdzonym obszarze rzeczywistości, niż zaryzykować wszystko co do tej pory osiągnęliśmy. Łącznie z przekonaniami na swój temat.
Tak się jednak składa, że tam, za tymi drzwiami Twojego i mojego lęku, czekają możliwości, do których mamy prawo. Mamy też wrodzone predyspozycje by te możliwości wykorzystać. A nawet jeśli ich nie mamy, to jedyną okazją uzyskania tej wiedzy jest właśnie porażka.
Boję się porażki. Boję się ośmieszenia. Obawiam się krytyki ze strony drugiego człowieka. Ale...
Czy właśnie postawienie się w sytuacji niekomfortowej, gdzie musisz się zderzyć z przykrymi emocjami, to nie jest szansa, by odkryć czym się dysponuje?
Łatwo napisać, łatwo powiedzieć, ale zrobić - to już bardzo trudno?
Zaczęłam wystawiać się na nowe, nieodkryte. Kiedy i jak?
Jakieś 23 lata temu, kiedy postanowiłam jednocześnie z trwaniem nauki w szkole średniej - liceum zawodowe, chodzić na lekcje chemii do klasy mojej siostry. Kiedy nie czując się do końca mocną w rozwiązywaniu zadań z chemii, wzięłam udział w konkursie z wiedzy chemicznej w Pałacu Młodzieży w Katowicach. Porażka!
Później zaryzykowałam i nie będąc absolwentką liceum ogólnokształcącego o profilu biologiczno-chemicznym wystartowałam w egzaminie na studia chemiczne na Uniwersytecie Śląskim. Pierwszy sukces, a później...
Co z tego, że nie ukończyłam tych studiów, skoro? Poznałam i pokochałam chemię analityczną. A w szczególności laboratorium analizy chemicznej. Ubóstwiałam te zajęcia.
Co z tego, że "straciłam" 5 lat nauki? Skoro w zamian dostałam ogrom wiedzy na temat siebie. Jakiej?
- dowiedziałam się, że jestem nieustępliwa i uwielbiam się uczyć,
- zrozumiałam, że wystarczy, że się tylko odważę, spróbuję, a będę miała okazję sprawdzić swoje umiejętności znoszenia lekcji życiowych,
- dowiedziałam się, że chemia w szkole średniej to nie to samo, co chemia na studiach. Podstawą jest umysł ścisły, a ja?
- a ja jestem kreatorem,
- potrafię planować i organizować sobie naukę i...?
- potrafię się skutecznie uczyć, ale... nie może to być dziedzina tylko i wyłącznie ścisła.
To tylko niektóre wnioski po odważeniu się wystartowania w kierunku realizacji swoich marzeń. Przede wszystkim zrozumiałam, że warto się bać, ale nadal robić swoje.
To był mój pierwszy ale nie ostatni krok w kierunku podnoszenia poczucia własnej wartości.
A następny, tym razem pozytywny...
Bardzo chciałam polecieć samolotem pasażerskim. Chciałam poczuć atmosferę odprawy na lotnisku, start i lądowanie samolotu. Nie mogłam jednak pozwolić sobie na to, żeby lecieć samolotem a później w danym kraju pobyć kilka dni.
Koleżanka z pracy znając moje marzenie zwróciła mi kiedyś uwagę, że właśnie są do kupienia tańsze bilety lotnicze. Namawiała mnie do tego, bym spróbowała. Kupiłam ten bilet. Zaryzykowałam i sama pojechałam na lotnisko. Przeszłam odprawę. Wsiadłam do samolotu. Drzwi się zamknęły. Nie było odwrotu. Bałam się jak szalona ale... jednocześnie skupiłam całą swoją uwagę na prezentowanej przez stewardessę procedurze bezpieczeństwa.
Nic wielkiego - prawda? Ileż to ludzi lata tak codziennie. Dla mnie to jednak było spełnienie marzenia. Bałam się okropnie. Obawiałam się o to, co się stanie, gdyby tak samolot się rozbił. Co będzie z Darkiem - moim Mężem. Bałam się czy czegoś nie wykryją, bo ktoś mi podrzuci. Ale i tak robiłam swoje.
Przyznam. Ryzykowanie. Wystawianie się na nowe. Podejmowanie działań nie mając wszystkich informacji, co jak wiesz, nie jest możliwe, to ryzyko i wyzwanie. To też realne zagrożenie, że poniesiesz porażkę. Ale!
Ale jaką się ma satysfakcję!!!! Kiedy zrobi się coś najlepiej jak się w danej chwili potrafi i później można opowiadać na prawo i na lewo, że się tego dokonało.
Ale jaką się ma satysfakcję!!!! Kiedy zrobi się coś najlepiej jak się w danej chwili potrafi i później można opowiadać na prawo i na lewo, że się tego dokonało.
Ja spełniłam swoje marzenie. Poleciałam samolotem z Polski do Dortmundu i z Dortmundu do Polski. Zrobiłam to w ciągu jednego całego dnia. Śmiano się ze mnie. Do dziś jest to anegdotą w mojej pracy.
Jednak nikt i nigdy nie odbierze mi tej satysfakcji, że już wiem, jak to jest widzieć słońce nad mlecznymi chmurami.
Dlatego będę nadal podejmowała różne wyzwania.
To obecne jest właśnie takim wydarzeniem, którego się lękam. Boję się, że nie podołam. Braknie mi czasu na realizację codziennego czytania i pisania tekstu na tym blogu. Boję się, że wyśmiejecie moje działania. Że Was znudzę swoją pisaniną i okrzykniecie mnie chwalipiętą.
Jednak zrobię wszystko co w mojej mocy, by doprowadzić do końca ten cel i cieszyć się jego rezultatami.
Dlatego też...
Zapraszam Was do podejmowania codziennych wyzwań. Przekraczania swoich granic. Wydeptywania nowych "ścieżek". Wynajdywania nowych rozwiązań.
Porażka może się zdarzyć, ale zamiast nad nią płakać cały dzień, wyznacz sobie godzinę. Jak to napisał zmarły już ks. Jan Kaczkowski. Popłaczesz, pomartwisz się a później już tylko satysfakcja z tego, że się przekroczyło swoje granice. Warto!
I jeszcze jedno:
Ryzykujmy, ale tak by nie zaszkodzić przy tym innym.
Do zobaczenia już we wtorek!
Pozdrawiam Was serdecznie :-)
Sylwia Paradowska - Kolorystka

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz